Parol S01 E04 – Potwór z szafy

Parafrazując sentencję rodu Starków z Winterfell - „Summer is coming!”

Wiosna w powietrzu, wiosna w naszych głowach, dlatego garderobie przydałoby się również wiosenne odświeżenie. Idąc tym tropem, rodzimi cebularze i cebulanki zaczęli zrzucać masowo warstwy i przywdziewać nowe szaty. Tym oto sposobem, niczym podstępni Lannisterowie, przestrzeń miejską zawojował prążek. Prążek zwany sztruksem!

Na sam dźwięk tego słowa skręca mnie od środka. Nie wiedzieć czym zdobył sobie taką popularność i przychylność, opanowując co drugą nogawkę w tym mieście. Dodatkowo jest na tyle bezczelny, że przybiera różne formy. Nie wystarczy mu tradycyjny, wąski, matowy look, zapamiętany z dzieciństwa. W drodze ewolucji przez te kilkanaście lat rozmiękczył się, poszerzył i dziwnie wyświecił, przerażając jeszcze bardziej.

Sztruks jako jeden z nielicznych materiałów budzi obecnie aż takie kontrowersje i nie pozostawia nikogo obojętnym. Albo zaliczasz się do jego zwolenników albo gardzisz szmatą. Kiedy myślę o sztruksie, a staram się tego nie robić za często, widzę pana w średnim wieku. W zasadzie dziada, który powłóczy nogami w zdartych kapciach, przywołujących czasy wczesnego Jaruzela i wyprowadza swojego wyliniałego podopiecznego na spacer. Na dokładkę wyobraźnia serwuje mi jeszcze kamizelkę w stylu nieodżałowanego kandydata na prezydenta, Kononowicza i jego kaszkiet, też w prążek. Z góry zastrzegam, ze styl country w mieście latem ma się tak jak kominiarka na wyścigach w Ascot. Gdyby użytkownicy przestrzegali sezonowości i stosowali się do pewnych reguł, len latem, sztruks późną jesienią i zimą, wówczas nie byłbym taki zasadniczy. Ale zbyt wielu traktuje go całorocznie, szczególnie teraz, kiedy chce się podziwiać smukłe pęciny. Zdaje sobie sprawę ze stereotypu jakiemu ulegam, ale nie potrafię wyzbyć się pogardy dla tej tkaniny. Ma to niewątpliwie związek z historią z mojego dzieciństwa.

Historia była na tyle traumatyczna, że na dobre odbiła się na moim przyszłym zmyśle estetycznym. Rzecz miała miejsce w czasach, kiedy powszechna dziś rolka miękkiego jak aksamit papieru T. była towarem deficytowym, a na półkach królował ocet. Ale nie ten balsamiczny, tylko ten powstały w wyniku fermentacji octowej alkoholu, o ostrym i drażniącym nozdrza zapachu. W tamtych czasach, kiedy na sklepowych półkach królowało WIELKIE NIC, istniały kolorowe i nęcące, jak żelki nasączone alkoholem, oazy pełne towarów prosto z importu. To Pewexy! I każdy, duży czy mały, czuł się w nich jak w fabryce Willego Wonki. Miałem to szczęście, że moja babcia pracowała w magazynach Pewexu i moje pierwsze LEGO i Matchboxy dostałem od niej. Choć w tym szczególnym przypadku o szczęściu mowy nie ma.
Kochana babcia, która każdemu ze swoich wnucząt wmawia, że jest tym najukochańszym, a jest nas trzech, myląc notorycznie nasze imiona, postanowiła wyposażyć swojego niewątpliwie najukochańszego w odpowiedni uniform.
Mając pięć, może sześć lat, zostałem „szczęśliwym” posiadaczem kremowego, sztruksowego garniturku dla młodych gentlemanów, który przypominał łazienkowy dywanik z Ikei.

Boże, jak ja go nie znosiłem!!!!! Jego prążek był zdecydowanie zbyt gruby i nieodpowiednio dobrany do uniformu o krasnalich wymiarach. W dodatku jego beżowo-waniliowy odcień sprawiał, że czułem się jak rozpuszczona gałka lodów upuszczona na chodnik w środku lata.
Na domiar złego ten uniform miał swoje ściśle określone zadanie. Miał przyodziewać paradnie co tydzień, w boży dzień, kiedy byłem siłą zaciągany do kościoła. Jak małpka trzymana na postronku, miałem bawić i umilać czas świętobliwej gawiedzi, ale przede wszystkim miałem być dumą w oczach rodziców i babci. Ile łez wylałem, ile szyderczych spojrzeń z piaskownicy znieść musiałem, ile glutów w ten paskudny kremowy rękaw wytarłem, tylko ja pamiętam.
Całe szczęście dzieci mają to do siebie, że szybko wyrastają ze swoich ubrań i po jednym religijno-kremowym sezonie pożegnałem się z tym wątpliwej urody dziełem szalonego krawca.
Ta historia wraca do mnie rok rocznie, jak potwór spod łóżka, który wyciąga swoje kikuty, kiedy tylko zamkniemy oczy. Gdy tylko wiosna wysyła na pierwszy zwiad cieplejsze promienie słońca, ożywają przykre wspomnienia i przed oczami staje mi widok oszalałego z rozpaczy brzdąca.
Teraz bardziej zrozumiała, mam nadzieję, wydaje się moja niechęć do tej lichej tkaniny. Moja awersja ma głębokie podłoże psychologiczne, które przez lata braku leczenia, narosło do sporych rozmiarów wstrętu i odrazy.
Dlatego następnym razem jak mnie spotkasz, w twoich ulubionych czekoladowych sztruksach, bądź dla mnie bardziej wyrozumiały. Ze względu na moją traumę, postaram się nie komentować i nie zwracać uwagi na to, co masz na sobie.

P.S. W przepastnych archiwach Parolów nie zachowało się żadne zdjęcie dokumentujące ten sztruksowy wybryk garniturowej natury. Na dowód, że grzeszyłem za młodu załączam zdjęcie z przedszkola w czekoladowych sztruksach.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Moda
Trwa ładowanie komentarzy...