Parol S01 E03 – WFFF

Przyznaję bez bicia, że nie rozpieszczam Was zanadto. Mój serial do mainstreamu nie należy, przed czym z góry ostrzegałem. Moja produkcja jest skromna, a bohater/narrator do medialnych nie należy, stąd też dłuższe niż zazwyczaj przerwy pomiędzy epizodami. Rzekłbym, tylko dla orłów, przynajmniej dla tych cierpliwych.

Cytując klasyka gatunku: „śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Od śpiewania do mody jak wiadomo jeden krok- „jeden, jedyny krok nic więcej”, szczególnie w naszym kraju, gdzie absurd goni absurd. Miało być filmowo, a przez chwilę zrobiło się muzycznie. Ale wracając do sedna, bywa że „ludzie listy piszą, zwykłe, polecone”, bywa też, że projektanci filmy kręcą, raz lepiej, raz gorzej, z pomysłem lub bez, a co ambitniejsi kręcą nawet ze scenariuszem. Nie dziwi zatem fakt, że na horyzoncie, trochę jak grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać różnej kategorii i rangi przeglądy, szumnie nazwane festiwalami. Po raz pierwszy, wzorem z zachodu, zaszczepieni charyzmą pomysłodawczyni (Diane Pernet), organizatorzy rodzimego Fashion Weeku zorganizowali Fashion Film Festival. Mimo dobrych chęci i ciekawego repertuaru, festiwal z pewnością nie pobił rekordu frekwencyjnego. Niezrażeni tym faktem stołeczni lokalesi postanowili przenieść szczytną ideę na ich grunt. Tym o to sposobem na początku marca w kinie Luna, zainaugurowano pierwszą edycję Warszawskiego Festiwalu Filmów Modowych lub jak kto woli Warsaw Fashion Film Festival (sic!). Prawda, że brzmi dumnie?!

I dopiero w tym momencie pojawia się nasz skromny bohater. Choć pojawia się to zbyt wiele powiedziane. Obłożnie chory, przechodzi swoją pierwszą anginę w życiu, dodam, że była to bardzo bolesna odmiana wirusa. Piszę to, żeby obdarzyć skromnego bohatera sympatią czytelników i zawczasu przeciągnąć ich na jego stronę.
W ten marcowy, chciałoby się napisać filmowy wieczór, choć scenografia, oparta na zużytych chusteczkach, odziera z dramatyzmu całą scenę, nasz bohater odbiera telefon od podekscytowanego przyjaciela. I w tym momencie pojawia się na scenie drugi główny bohater, chyba ważniejszy w tamtym momencie, czyli absurd. Podekscytowany głos w słuchawce informuje mnie, że właśnie siedzi w kinie Luna i z gęsią skórką na ciele wielkości krecich stożków, ogląda mój film „EMBER” w reżyserii Marcina Kempskiego i Człowieka Wargi. Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że nasz film, nie dość, że prezentowany na srebrnym ekranie w kultowym kinie Luna, dodatkowo bierze udział w festiwalowym konkursie. W tym momencie zatkało mi ostatnią dziurkę w nosie, dzięki której jeszcze się nie udusiłem, ponieważ nie wiedziałem, że mój film zakwalifikował się do konkursu i walczy o statuetkę dla „Najlepszego Filmu Modowego”. Zasady, którymi kierowało się Jury przy selekcji filmów, musiały być nad wyraz surowe, ponieważ do konkursu zakwalifikowało się zaledwie, a może aż 5 filmów: „In Bloom” dla Anny Poniewierskiej, „Turn the Lights Off” dla Michała Szulca, „Red Dress” dla Marty Siniło i „Fabric of dreams” dla Sophie Kula. W obiektywnej ocenie Jury wygrał pierwszy z nich- „In Bloom” dla Anny Poniewierskiej.

Z perspektywy organizatorów festiwal zakończył się spektakularnym sukcesem, nie wspominając niskiej frekwencji, skupiając się natomiast jedynie na relacjach przekazywanych przez media. Z mojej perspektywy jednak pozostał pewien niesmak i rozczarowanie brakiem profesjonalizmu wśród organizatorów wydarzenia. Bowiem to oni nie zadbali o zaproszenie osób, które były pomysłodawcami i współrealizatorami filmu startującego w głównym konkursie. Mam tu na myśli moją menadżerkę Agę Byczot i siebie. Żadnemu z organizatorów nawet nie przyszło do głowy, że wypadałoby poinformować i zaprosić wszystkich twórców finałowych etiud. Gwarantuję organizatorom, że pomimo choroby, nie przepuściłbym okazji obejrzenia mojego „dziecka” na srebrnym ekranie. Z perspektywy minionych tygodni, emocje opadły, ale niesmak pozostał. W głowie pozostały również puste słowa animatorów WFFF o pozytywnym i twórczym przesłaniu festiwalu.

Uprzedzając potencjalną krytykę mojej postawy, chciałbym wyjaśnić, że mój żal nie wynika z rozczarowania werdyktem tylko z braku profesjonalizmu wśród organizatorów. Dla mnie fakt zrealizowania pierwszej etiudy z tak fantastyczną ekipą i otrzymania pozytywnych recenzji z całego świata, które zbieram do tej pory, jest największą nagrodą. Ten film był zwieńczeniem kolekcji i kolejną odsłoną mojej wizji, został stworzony przede wszystkim dla własnej satysfakcji i dla wszystkich śledzących moje dokonania.

Poniżej dla wszystkich, którzy nie widzieli filmu, prezentuję wspólne dzieło Marcina Kempskiego i ekipy IlikePhoto oraz Człowieka Wargi- „EMBER” dla Konrada Parola.

ZAPRASZAM!

Trwa ładowanie komentarzy...